Ej, odbudujmy NEPAL

buty

NEPAL

…wiele można dowiedzieć się patrząc na buty.

“Tureckie linie lotnicze przylatują codziennie. Teraz rzadziej. Z innych miejsc też nie przylatują. Pusto” – wyznał właściciel Andeas Hause, bardzo przyjemnego Bed & Breakfast w stolicy Nepalu. Szesnaście pokoi i ja jeden, sam.
“Żyjemy z turystyki, a teraz nie mamy z czego”- skarżył się młody znajomy przewodnik, jeszcze student, oprowadzający mnie po “mieście z drzewa” – Kasztamandab – jak nazywali je miejscowi („kat” po nepalsku znaczy drzewo, „mandab” miejsce). Z jednego drzewa zbudowana była główna świątynia w centrum miasta nazywana Kasztamandab. Po połączeniu trzech rejonów z trzema pałacami należącymi do trzech królów całą dolinę nazwano Katmandu. I właśnie tutaj miała zacząć się moja nepalska przygoda.

Zanim spotkałem tych dobrze mówiących po angielsku górali w ich nowo nabytym hoteliku, stałem z plecakiem na lotnisku w Stambule.
Przede mną jeszcze parę godzin lotu. Podróż do Nepalu trwa od 10 do 15 godzin. Długa przeprawa. Czekałem już na bezpośredni lot do Katmandu. Można dostać się tam inaczej, ale zawsze wybiorę Stambuł spośród innych połączeń. Mogę siedzieć na tym lotnisku godzinami i przyglądać się przechodniom. Tutaj mijają się ludzie z całego świata i różnorodnych kultur. Można zachwycać się ich ubiorem i zastanawiać nad celem podróży. “Co widzisz, kiedy patrzysz?” – wraca do mnie pytanie z przeszłości studenckiej, zadawane przez profesora, próbującego przekonać nas, że teologia jest praktyczna. “Widzieć niewidzialnego Boga albo rozumieć naturę człowieka”. Oba te stwierdzenia wydają się tak samo niedoścignione. Ale obserwować w podróży jest bardzo ciekawym zajęciem.
Lecę do Nepalu, bo nie lubię siedzieć. Nie lubię też tylko mówić o pomaganiu. Mówić o tym, to jak opowiadać o ciastku oglądanym na wystawie cukierni. Wracają dziecięce wspomnienia. To pragnienie by zjeść ciastko, poczuć słodycz, napełnić się smakiem. I usłyszeć na koniec: „Nie jedz tak szybko, zrobi ci się niedobrze!” Pomaganie ma sens, daje satysfakcję ale należy wziąć je do ręki, praktycznie spróbować, oddać się jemu. Może jednak zrobić się niedobrze.

Jestem w drodze, bo zachęciła mnie do tego spontaniczna postawa młodych ludzi z Poznania. Wspólnie stworzyliśmy akcję „Ej, odbudujmy Nepal” i zwróciliśmy się do Polaków przez portale społecznościowe aby pomóc Nepalczykom. Jak powiesz A, to musisz powiedzieć B. Stoję więc z plecakiem i patrzę na ludzi, zresztą wszyscy patrzą. Zawsze kiedy lecę w takie miejsca dotknięte czymś niedobrym, ludzie patrzą, obserwują, jakby chcieli zapytać: „Co cię tutaj sprowadza?”.

Co przyciąga do Nepalu tych wszystkich czekających przed wejściem pasażerów? Przecież tam było trzęsienie ziemi! Przecież jest ciągle niebezpiecznie.

Stał w holu Pan z Chorwacji z odmrożonymi stopami w elastycznych pończochach, świadczących o jego niejednej wędrówce przez najwyższe góry świata. Z lewego sandała wystawały tylko kikuty palców stopy. Rozmawiał ze współtowarzyszami – mężczyznami o silnej posturze. Alpiniści z Chorwacji. Wiem, bo wypełniałem przy nich podanie o wizę na lotnisku przeznaczenia. Zresztą pewnie jedyni, oprócz mnie, przedstawiciele wschodniej Europy, gdyż jako jedyni z pasażerów stanęli przy okienku “bezpłatne wizy”, aby za chwilę przekonywać pogranicznika o szczególnym znaczeniu prezentowanych dokumentów.

Rosjan do wschodniej Europy nie włączam i to nie z przekory jak na G7 ale ponieważ często odróżniają się w podróżowaniu – trzech mężczyzn i kobieta w modnej marynarce – z biletami do klasy biznesowej. Jeden z nich, pewnie z Kazachstanu, jak można sądzić po azjatyckich rysach twarzy i butach do trekkingu – nowiutkie salomony, z najwyższej półki, z wysokim bieżnikiem.  Grupka ta nie wyglądała jakby miąła doświadczyć twardości nepalskiego trekkingu. Raczej czekają na nich wyszorowane na wysoki połysk korytarze pięciogwiazdkowego hotelu. Ale Rosjanie potrafią zaskoczyć.
Obok Rosjan stoi grupa czterech chłopaków i dziewczyna. Tak dla utrzymania balansu. Wyżyłowani, z kaskami i poprzecieranymi plecakami, w butach do trekkingu. Najwidoczniej nie przejęli się złymi wiadomościami o trzęsieniu ziemi i ponad setce śmiałków zabitych podczas schodzącej lawiny w Langtang, zmywającej również całą wioskę. Wyglądający na południowców alpiniści nie przełożyli pewnie dużo wcześniej zaplanowanej wyprawy. A może się mylę. Może na szybko spakowali się, by nie stracić nadarzającej się okazji, ekstremalnego wyzwania – zobaczenia miejsca po Langtang village.

Młoda studentka z Maroka, w białych tenisówkach w duże różowe kwiaty i różowej bluzeczce. Skąd wiem, że z Maroka? Bo siedzi po drugiej stronie alejki i rozmawia z młodym biznesmenem z Katmandu ubranym w brązową marynarkę z cienkiego lnu i dobranych do niej kolorystycznie letnich półbutach. Dziewczyna zwróciła moją uwagę swoją wschodnią urodą. Duże czarne oczy i ostre arabskie rysy. Choć na głowie nie miała chusty jej opuszczony wzrok świadczył o muzułmańskim pochodzeniu. Przy starcie samolotu szeptała słowa modlitwy. Opowiadał też, że leci odwiedzić krewnych, pewnie biznesmeni. Złota duża wschodnia ozdoba na bluzeczce przekonywała o przynależności do tej lepiej sytuowanej grupy marokańskiego społeczeństwa.
Dwie Europejki, wyglądały na dwudziestolatki. W sportowych, ale nie górskich butach i szerokich indyjskich spodniach. Wyglądały na początkujące nauczycielki podróżujące po Indiach. Może zdecydowały się pomóc w szkołach w Nepalu wznawiających swoją działalność.

Kilku starszych mężczyzn w skórzanych półbutach. Emerytowany inżynier od dróg, Holender słabo mówiący po angielsku. Kanadyjski inżynier od kopalń zafascynowany spożytkowaniem swojej wiedzy przyleciał, aby wydać opinię eksperta o podłożach. Starsza już Amerykanka, przypominająca czasy dzieci kwiatów, teraz z eco torbą z jelonkami i kwiatami z napisem perfect unity. Młoda nepalska studentka ubrana na czarno, z wyrazem twarzy przepełnionym strachem, a może po prostu smutkiem. Siedziała stulona w rogu poczekalni, a później, już w samolocie, w fotelu za mną.

Są jeszcze inni, miejscowi, w klapkach. I jest dwóch młodych Nepalczyków wracających ze Stanów Zjednoczonych w amerykańskich butach. Koniecznie chcieli używać Wi-Fi w samolocie. Nie ważna była cena. W górskich butach kilku Europejczyków. Jedna Nepalska rodzina z małą dziewczynką ciągnącą jeszcze mleko z butelki podczas lotu. Młody Amerykanin skupiony, ale podekscytowany aż tryskał ciekawością, jaki jest Napal po trzęsieniu ziemi. Było to widać w jego oczach podczas lądowania. Buty do trekkingu przywiązane miał do bagażu podręcznego. Mądrze, nigdy bowiem nie wiesz czy oddany bagaż dotrze na czas.

Samolot prawie pusty. Przesiadłem się do rzędu dla czterech pasażerów i ułożyłem do snu. Sen jednak nie przychodził. Zastanawiałem się, do czego się tam przydam. Zdjąłem moje skórzane buty za kostkę. Powinny przydać się na budowie, dadzą radę też w górach, chociaż górskimi nie są. Deszcz też przetrzymają, choć pewnie nie monsun, który już miał się zacząć. Długo nie wiedziałem, jakie zabrać ze sobą buty. Wrzuciłem, co miałem: sandały na upał kupiłem, gumowce na błoto, skórzane buty do pracy. Myślałem jeszcze o półbutach na spotkania w biurach. Buty są ważne i pomagają w zamierzonych celach. Reprezentują nas i dużo mówią o drodze, po której idziemy w życiu. Już w tym samolocie widać było po butach jak różni jesteśmy i z jak różnych powodów lecimy do tego miejsca. Nie dokońca wiedząc co nas tam oczekuje.

Nepal w tym trudnym czasie przyjmuje wszystkich i potrzebuje każdego…

Skończę już na dziś spisywanie pierwszych obserwacji, bo nepalskie komarzyce, głodne krwi nielicznych turystów, nie dają mi pisać. Co chwilę muszę je odpędzać. Zdeterminowane i nieustępliwie. Ciekawe czy to Nepalska natura?

Jest 3:45 rano. W Polsce północ. Zabawna ta różnica czasu, niespotykana.

 
ejodbudujmynepal-mniej

na lotnisku w Katmandu mnóstwo CARGO i pomocy humanitarnej z różnych krajów

na lotnisku w Katmandu mnóstwo CARGO i pomocy humanitarnej z różnych krajów