Xmas Day

indyk

“Nie powiedziałeś nam, że Peter jest chory.” – szepnęła mi do ucha moja córka siedząc obok mnie przy wigilijnym stole.

“Mówiłem, że Steve and Bath przywiozą ze sobą sąsiada, przecież nie zostawią go samego w domu.” – odpowiedziałem niepewnie.

“Aha, sąsiada…” – wyszeptała z wyrzutem.

Popatrzyłem na Petera, siedział na honorowym miejscu przy stole i właśnie wkładał kawałek mięsa do ust, trzymając widelec w dwóch dłoniach aby ręka nie trzęsła się aż tak bardzo. Bath pokroiła już wszystko na jego talerzu, będzie mu łatwiej jeść.

“What would you like to drink? – zapytał się mój syn odpowiedzialny tego wieczoru za napoje.

“Apple juice for now” – odpowiedział Steve

“Some water” – powiedziała Bath

“Apppplleeee juuice” – z trudem wymówił Peter i dodał: “>.+.. }}….. please”

“Sorry, apple juice and what?” – spytał zmieszany Jędrzej

“Sstraawww” – wolniej i wyraźniej powtórzył Peter

“There are his straws in the kitchen in a small plastik bag” – wyjaśniła Bath

“Sure” – odpowiedział Jędrzej i popatrzył na mnie jak by chciał powiedzieć “thanks dad” nalał soku, przyniósł słomkę i włożył do kieliszka. Peter pochylił się i pociągnął przez słomkę chłodny napój wzdychając ze smakiem.

Steve i Bath są naszymi angielskimi przyjaciółmi, właściwie brytyjskimi grandpa i grandma, są już po siedemdziesiątce. Poznaliśmy ich kilka lat temu przez wspólnych znajomych a teraz czujemy się jak rodzina. Poznaliśmy ich córkę, syna i trójkę wnuków. To nasi dziadkowie z Bradford street, gdzie wpadamy bez zapowiedzi a Bath zawsze biegnie do kuchni “to make a cup of tea” i wchodzi do pokoju ze starym metalowym pudełeczkiem po Butter Scotish Shortbread mówiąc:

“I baked some flapjacks, but I am not sure they are good” (upiekłam owsiane batoniki, ale nie wiem czy wyszły)

“Oh, they are delicious. So chewy and yummy!” – zazwyczaj odpowiadam (Oh, są pyszne i takie miękkie)

Wyciąga kolejne dwa flapjacki na talerzyk:

“I don’t know. I should have add more golden syrope” (Nie wiem. Powinnam była dodać więcej karmelowego syropu)

” You make the best flapjacks in the country” odpowiadam, wiedząc, że zaczęliśmy naszą tradycyjną grę uprzejmości. Za chwile przerwie ją Steve, a właściwie dołączy się sięgając ręką do pudełka. Bath piśnie jak zawsze oburzona:

“Steve, you can’t have ANY more! Stop, you are on a diet!” (Steve, nie wolno Ci więcej! Przestań, jesteś na diecie!)

Jesteśmy wtedy już w drugiej części naszej tradycyjnej zabawy. Bath wychodzi wynosząc pudełeczko, a ja podaję talerzyk Stevowi, on z zadowoleniem na twarzy wkłada do ust ostatni kawałek owsianego batonika.

W tym roku zaprosiliśmy ich na bożonarodzeniowy obiad 25 grudnia, niestety to smutna prawda o współczesnych angielskich świętach, dla wielu są czasem przytłaczającej samotności. Steve i Bath opowiadają jak w młodości spędzali święta wspólnie z rodziną i krewnymi w przepełnionych domach, z biegającymi po pokojach dziećmi i stołach zastawionych tradycyjnym jedzeniem. Oczywiście z miesiącami przygotowywanym Christmas puddingiem. (Keksem owocowym tygodniami nasączanym brendy). Teraz ich dzieci spędzają święta w gronie własnej rodziny, we własnych domach. Bath wielokrotnie zapraszała swoją siostrę ale niestety ona już tradycyjnie wraz z mężem rezerwuje stolik w restauracji i we dwoje zasiadają do świątecznego stołu. Dlatego też, Steve i Bath zapraszają do siebie co roku swojego niepełnosprawnego sąsiada. który mieszka sam w domu i często korzysta z ich pomocy. Peter radzi sobie dobrze w życiu. Pomimo porażenia mózgowego wykonuję większość czynności domowych sam pracując i opiekując się domem, oczywiście potrzebuje pomocy ale przez lata nauczył się samodzielności. Ma rodzeństwo lecz święta spędza sam jak każdy z członków jego rodziny.

W zeszłym roku angielscy dziadkowie gościli u nas na wigilii razem z naszymi krewnymi, którzy przylecieli z Polski. Zabawnym było jak Steve zapychał śledzia suchym chlebem aby przetrzeć gardło albo powoli na małe kawałki kroił pierogi i popijał każdy kęs sokiem. Bath radziła sobie lepiej zajadając się uszkami i próbując ryby po grecku. Śpiewali z nami kolędy i próbowali z wielkim zdziwieniem makowiec, po którym jak twierdzi Bath miała lekkie zawroty głowy. Atmosfera była rodzinna ale tradycyjne, polskie, wigilijny jedzenie było dla naszych angielskich przyjaciół zbyt wielkim wyzwaniem. Bath przyznała się, że musiała po powrocie przygotować Stevowi jeszcze sandwich z boczkiem i serem a sama obawiała się jak prześpi noc.

Nie poddając się po porażce zeszłego roku zaprosiliśmy naszych samotnych przyjaciół na wspólne świętowanie, po tym jak powiedzieli, że w tym roku nie przygotowują nic ponieważ mają jeszcze zamrożonego z zeszłego roku indyka. Zgodziliśmy się natomiast, że nie będzie to wigilijny wieczór jak zeszłego roku lecz Christmas dinner według angielskiego zwyczaju. Bath jeszcze długo się wzbraniała bojąc się, że może nie będziemy zachwyceni jeśli przywiozą ze sobą Petera.

W kuchni zamieszanie, para unosi się nad garnkami, rozpalony piekarnik przyjmuje kolejne potrawy a zapach pieczonego indyka pobudza kupki smakowe. Potrawy przenoszone są do jadalni: gotowane warzywa, pieczone ziemniaki, słodkie ziemniaki, ‘gravy’ (sos), “‘pigsousages’ (kiełbaski zawinięte w boczek i zapieczone), galaretka z żurawiny, sos miętowy do mięsa i oczywiście tradycyjnie pieczony indyk nafaszerowany chlebem i warzywami. Zaśpiewaliśmy kolędy i otworzyliśmy Christmas crackers, to zwinięte w formie dużego cukierka papierowe opakowania z różnokolorowymi koronami, zagadkami i zadaniami do wykonania. Założyliśmy korony, pośmialiśmy się z zagadek i jedno z zadań mój syn jeszcze rozwiązuje, dwa dni po świętach.

Po obiedzie przeszliśmy do salonu na kawę, ciasta, desery i oczywiście Christmas pudding, który jeśli pozostanie, opieka się na patelni następnego dnia na śniadanie.

Goście przyjechali koło południa po porannym kościele a wyjechali koło dwudziestej. Czuliśmy się jak na “wschodzie”, jedząc, słuchając wspólnych opowieści: o Anglii, miłości, chorobach, tradycjach i trudach życia człowieka z porażeniem mózgowym, który opowiedział nam nawet o swojej samotnej podróży po Indiach i pomocy ludzi, których tam spotykał. Zapomnieliśmy, o tym, że jesteśmy w Anglii, zwłaszcza kiedy Steve siedząc w wygodnym fotelu słuchając rozmów przysnął na godzinkę, co przypominało koczowniczych aksakalów, z ich białymi brodami. Peter nie zważając, że musi nam powtarzać słowa i korzystać z pomocy Bath bo trudno go zrozumieć, opowiadał swoje historie i zadawał Jędrzejowi pytania. Podarowaliśmy im na koniec pudełko śliwek w czekoladzie, które już wcześniej odkryliśmy, że są dla Anglików ulubionymi polskimi słodyczami.

Po powrocie do domu Steve zadzwonił zadowolony, dziękując za wspólny, rodzinny czas i wspaniałe Christmas, w jego głosie było słychać nie tylko uprzejmość ale i radość. “Tym razem się udało!” pomyślałem.

Następnego dnia rano siedząc przy stole z moją osiemnastoletnią córką i popijając świeżo parzoną kawę wyznała z uśmiechem “nikt w Boże narodzenie nie powinien być sam” – słowa od zawsze powtarzane w polskich domach, cieszę się, że w naszym również.